niedziela, 26 maja 2019

Diagnoza IO - wyrok?

Nawet nie chcę zliczyć u ilu lekarzy byłam...

Zaczęło się kilka lat temu. Mimo iż nie zmieniłam nic w swoim życiu, zaczęłam niekontrolowanie tyć. Tydzień w tydzień ubrania mniejsze, samopoczucie straszne, cera ziemista i szara. Lekarz stwierdził "Pani się za bardzo stresuje, może relaksologia?"... Pozostawię to bez komentarza..

Wiedziałam, że coś mi jest, więc szukałam lekarza, który uwierzy w moje przeczucia. W końcu kto, jak nie ja, lepiej znam moje ciało? Udało mi się prywatnie dostać do dobrej lekarki w moim mieście. Zlecone wyniki wykazały niedoczynność tarczycy. To na minus. Na plus można uznać, że to nie Hashimoto...

Zaczęło się leczenie, korygowanie dawki leku, lepsze lub gorsze dni, wiara, że leczenie unormuje organizm. Szukałam też diety dla mnie. Wizyta u dietetyka, dieta bezglutenowa, brak efektów. Kolejna wizyta u dietetyka, tym razem dieta low-carb, znów brak efektów. I tak mijały sobie kolejne miesiące, diety, ćwiczenia, a waga cały czas szybowała w górę... Załamanie nerwowe towarzyszyło mi każdego dnia.

Życie tak mi się poukładało (starania o dziecko, brak efektów, wszystkie powyższe problemy), że trafiłam pod skrzydła innej lekarki. Ta zleciła komplet badań. Takich, jakich nigdy wcześniej żaden lekarz mi nie zlecił.

Witamina D (leżała na dnie i kwiczała), krzywe: glukozowa i insulinowa (glukoza w normie, insulina za wysoka..), prolaktyna (za wysoka), pełen pakiet tarczycowy (TSH do poprawy, FT3, FT4, antyTPO, antyTG - w noemie, jedyne pocieszenie) i kilka innych (w normie).
Analiza wyników potwierdziła to, co od dawna spędzało mi sen z powiek, a czego nie dostrzegli i nie zdiagnozowali poprzedni lekarze - insulinooporność.

Jak cios w głowę. Niedoczynność tarczycy plus insulinooporność. Jak mam żyć, co mam robić, co mam jeść, jak w to wciągnąć męża - te wszystkie pytania kłębiły mi się w głowie. Dostałam leki,  zalecenie zmiany diety i mądrą aktywność fizyczną.
Szczęście w nieszczęściu, Pani Doktor współpracuje z dietetykiem. Wspólnie prowadzą swoich pacjentów.

Wizyta u dietetyka przebiegła zaskakująco przyjemnie. Nie było ciągłego "nie wolno, nie może Pani, tego nie jeść". Zdania wypowiadane przez cudowną Panią Dietetyk były jak miód na moje udręczone już ciągłymi dietami serce. Dieta z niskim indeksem glikemicznym. Nie, stop! Nie dieta. To zmiana nawyków żywieniowych. Nauka komponowania talerza mądrze, kolorowo i smacznie. Do głosu w mojej kuchni doszła tabela wartości IG. Mam w sobie bardzo dużo samozaparcia i chęć zawalczenia z tą chorobą. Da się ją pokonać, bo można znów uwrażliwić komórki na insulinę.

Trening też musiałam zmienić. Nie można wylewać siódmych potów na siłowni, 2-3 godziny ćwiczeń przynoszą odwrotny efekt, Krótkie spotkanie z fajną trenerką, ułożony trening pod IO i do boju. Za dwa tygodnie kontrola czy to działa. Wierzę, że zadziała. Wierzę, że tę walkę wygram.

To własnie będę się starać robić. Walczyć o siebie. Nie pozwolę, aby diagnoza była równoznaczna z wyrokiem. :)

Blog jest osobistym zapisem codziennej walki z IO i niedoczynnością.
Nie jestem dietetykiem ani lekarzem, sama się uczę cały czas.

Niech moc będzie z nami. <3


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz